Spoglądałam po twarzach matki, ojca, siostry i babci i strach chwytał
mnie za gardło na myśl o tym, że za rok, przy tym wigilijnym stole, będzie o
jedną osobę mniej. Choć choinka lśniła najcieplejszymi barwami w tym miesiącu,
chłodna wizja tego, co będzie, nie opuszczała mnie ani na moment. Znikł gdzieś
ten beztroski, przytulny duch świąt, opadła radosna atmosfera rodzinnego
oczekiwania.
Patrzyłam na wszystko niczym na zwolnionym filmie. Utwierdzałam
solidnie w pamięci każdą sekundę tego, co widzę.
Miałam nieodparte i przykre wrażenie, że oglądam to wszystko po raz
ostatni.
Biel obrusu jeszcze nigdy nie była tak czysta, a zapach lasu tak
intensywny. Snopek siana tuż pod moim talerzem kłuł mnie delikatnie w przegub
dłoni; lekko drapał, łaskotał. Śmiech taty wydawał się dwa razy głośniejszy niż
zazwyczaj - dzwonił mi głośno w uszach, rozbrzmiewał w każdym zakątku głowy,
wypełniał sobą całą przestrzeń. Kolędowa muzyka Preisnera w tle była drobnymi
płatkami śniegu w ten pozbawiony prawdziwej zimy grudzień.
- Iris?
Posłałam mamie szybki uśmiech.
- Podasz mi karpia?
Patrzyła na mnie z troską.
To chyba dobry moment na to, by po raz pierwszy w życiu spróbować karpia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz