wtorek

1.1


Spoglądałam po twarzach matki, ojca, siostry i babci i strach chwytał mnie za gardło na myśl o tym, że za rok, przy tym wigilijnym stole, będzie o jedną osobę mniej. Choć choinka lśniła najcieplejszymi barwami w tym miesiącu, chłodna wizja tego, co będzie, nie opuszczała mnie ani na moment. Znikł gdzieś ten beztroski, przytulny duch świąt, opadła radosna atmosfera rodzinnego oczekiwania.
Patrzyłam na wszystko niczym na zwolnionym filmie. Utwierdzałam solidnie w pamięci każdą sekundę tego, co widzę.
Miałam nieodparte i przykre wrażenie, że oglądam to wszystko po raz ostatni.
Biel obrusu jeszcze nigdy nie była tak czysta, a zapach lasu tak intensywny. Snopek siana tuż pod moim talerzem kłuł mnie delikatnie w przegub dłoni; lekko drapał, łaskotał. Śmiech taty wydawał się dwa razy głośniejszy niż zazwyczaj - dzwonił mi głośno w uszach, rozbrzmiewał w każdym zakątku głowy, wypełniał sobą całą przestrzeń. Kolędowa muzyka Preisnera w tle była drobnymi płatkami śniegu w ten pozbawiony prawdziwej zimy grudzień.
- Iris?
Posłałam mamie szybki uśmiech.
- Podasz mi karpia?
Patrzyła na mnie z troską.
To chyba dobry moment na to, by po raz pierwszy w życiu spróbować karpia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Arianę | Technologia Blogger | X X